Można się często spotkać ze zdaniem, że życie „bez Boga” pozbawione jest sensu. Jako ateista muszę się z tym twierdzeniem, z przykrością, ale zgodzić. Jeżeli nie uznajemy istnienia żadnej nadrzędnej siły metafizycznej, to rzeczywiście trudno jest jasno przedstawić coś, co można by określić jako sens istnienia. Wobec tego kłopotliwe staje się odpowiedzenie na pytanie: „Po co się żyje?„, zwłaszcza jeżeli wykluczymy, odpowiedzi związane z wydawaniem na świat i wychowywaniem dzieci. To oczywiste, że potomstwo jest sensem życia dla wielu, o ile nie większości, ludzi dorosłych. Jednak ten biologiczny i kulturowo rozpowszechniony „sens” nie powinien zamykać ciekawej dyskusji na temat naszego istnienia.

Nie trudno sobie przecież wyobrazić, że osoby posiadające dzieci, też czasem zastanawiają się nad sensem życia, szukając czy jest coś jeszcze, dodatkowa treść, czy też powód, żeby żyć. Ja jestem przekonany, że sens można odnaleźć, niekoniecznie przez odwołanie do religii. Jeżeli przez „sens” mamy tak naprawdę na myśli „cel„, zadanie staje się łatwiejsze, pytanie tylko czy są to słowa równoważne…

Rozumiem sens jako porządek, ład, coś powiązanego logicznie, przyczynowo. Mówimy np. że czyjaś opowieść, wypowiedź ma sens, jeżeli jest spójna, układa się w pewną uporządkowaną całość, pasuje do rzeczywistości. W kontekście życia pojęcie sensu rozumiem podobnie, czyli jako pewną wewnętrzną logikę naszego istnienia, przyczynę, stronę w którą zmierzamy. Sens to także powód, uzasadnienie – na przykład zdanie „jaki jest sens tego zakupu?” oznacza „jaka była motywacja do tego zakupu?„.

Z drugiej strony cel to kierunek działań, to wybór ścieżki. Na ile jest równoznaczny z sensem? To słowa o trochę różnym znaczeniu, jednak pokrewne. Próbując być precyzyjnym można powiedzieć, że postawiony cel wypełnia treścią życie. Zatem cel, mimo, że dosłownie nie jest sensem, to jednak może go nadawać, wyznaczać.

Cel nie oznacza dokładnie tego samego co sens. Wyznaczenie celu to nadanie życiowego kierunku, natomiast poczucie sensu wynika z faktu posiadania wewnętrznego dążenia, motywacji. Mimo, że jest to subtelna różnica, to jednak godna zaznaczenia, bo może być np. taka sytuacja, że osoba ma życiowy cel, jednak nie czuje do niego przekonania i wobec tego pozbawiona jest poczucia sensu.

Na pytanie „co jest celem mojego życia?” nie jestem w stanie odpowiedzieć wprost, gdyż, zasadniczo moje życie nie ma sensu ani celu, bo nikt z zewnątrz go nie nadał. Jako ateista żyję akceptując kilka przykrych faktów: wzięliśmy się na Ziemi z przypadku, nikt się o nas „na górze” nie troszczy, niegodziwcy często pozostają nieukarani, za dobre uczynki nie należy spodziewać się jakiejś nagrody, a na końcu czeka nas nieodwracalna śmierć. Do tych przykrych faktów zalicza się jeszcze jeden: życie nie jest świętym darem, ale powstało, ponieważ tak, a nie inaczej, historia wszechświata się potoczyła. Człowiek nie powstał „po coś„, tylko „mimochodem„.

Przy tych wszystkich trochę ponurych myślach, ja nie odczuwam żadnej pustki, zupełnie nie mam wrażenia bycia niekompletnym, pozbawiony czegoś. Dawno pogodziłem się ze świecką wizją świata, mogę nawet powiedzieć, że się z nią zaprzyjaźniłem. Jestem teraz głęboko przekonany, że świat jest wspaniały taki właśnie, jaki jest. Moje życie nie ma sensu nadanego odgórnie, jednak ma sens nadany przeze mnie samego. Nie znaczy to wcale, że jestem człowiekiem żyjącym niemoralnie z „chrześcijańskiego” punktu widzenia.

Sens istnienia wyznaczany jest moimi celami: chęcią bycia po prostu dobrym człowiekiem, planami realizacji w moich pasjach, wytyczonymi ścieżkami rozwoju kariery zawodowej,  chęcią rozwoju we wszystkich istotnych dziedzinach życia, ale także w tak błahej sprawie jak postanowienia noworoczne. Sam stawiam cele i wypełniają one moje życie treścią. Taka postawa może wydać się „ryzykowna”, a może nawet „niebezpieczna”. Co jeśli w pewnym momencie zabraknie mi inwencji, pomysły na cele się wyczerpią? Cóż, niestety w ateistycznym świecie, jak już pisałem, cel nie jest nadany z góry, więc owszem, może go po prostu zabraknąć. Sens życia można stracić i niektórym się to niestety zdarza. Mamy wtedy do czynienia z sytuacją, że osoba „żyje, żeby żyć”, nie widząc w tym żadnego sensu. I niestety w jakimś stopniu ma rację: jeżeli ona tego sensu nie znajduje, to faktycznie go nie ma, on nie istnieje.

W kontekscie sensu życia trzeba przynajmniej wspomnieć o miłości, gdyż wiele osób wyznacza ją jako cel, lub odnajduje w niej szczęście. Owszem poczucie bezpieczeństwa i akceptacji jakie wiąże się z tym romantycznym uczuciem może „wypełniać serce treścią”. Jednak z mojego doświadczenia wynika, że w pełnej intensywności nie trwa bardzo długo. Uważam, że miłość nie może zastąpić zaangażowania w życie i działania, chociaż na pewno dodaje mu kolorytu.

Miłość romantyczna może być motorem działania i dawać poczucie sensu życia. Uważam jednak, że całkowite uzależnianie filaru swojego bytu od nastrojów innej, nawet bliskiej, osoby nie jest bardzo rozważne.

Zdarzają się też ludzie, których sens życia stanowi praca. Nie należy tego z góry oceniać negatywnie. Pracoholizm jest chorobą, ale zaangażowanie i uczynienie z pracy pasji, to całkiem inna sprawa. Nie mogę powiedzieć, że sprawy zawodowe stanowi cały sens mojego życia, mimo, że bardzo cenię sobie możliwość pracy z nowoczesną technologią i potocznie mówiąc „lubię, to co robię”. Sensu dopatruję się natomiast w życiu dobrym, czyli takim, które niesie radość mnie samemu i ludziom dookoła. To wszelkiego rodzaju działanie twórcze, chociażby bardzo amatorskie, to także szczęśliwe chwile, radość przeżywana w towarzystwie przyjaciół i innych ludzi, ale także samotnie.

Znam osobę, której głównym celem są podróże zagraniczne. Ta osoba chodzi do pracy motywowana przede wszystkim tym, żeby zdobywać środki na kolejne wyjazdy. O podróżach marzy i często rozmawia, a także wspomina je oglądając zdjęcia. Nie mam wątpliwości, że radość z wyjazdów jest w tym przypadku autentyczna, pochodzi z przeżyć i wrażeń, a nie próżnego chwalenia się fotografiami na portalach społecznościowych. Ukazuję tutaj tylko jeden wymiar interesującej postaci, jednak czynię to w celu zilustrowania na przykładzie, innym niż własny, jak osoba niewierząca może odnajdować sens istnienia. Pasje są bardzo ważne, gdyż mogą sprawiać, że warto żyć. Mają moc nadawania sensu, ponieważ dzięki nim z łatwością stawiamy nowe cele.

Sens może stanowić istnienie dla bliskich: dzieci, rodziny, przyjaciół i bliskich. Z pewnością jest to postawa bardzo popularna, dla wielu osób cały sens starań, powód porannego wstawania i chodzenia do pracy, praktycznie wszystkich działań stanowi troska o rodzinę. Może się jednak zdażyć, że nie jest to stan rzeczywistego spełnienia, a raczej kwestia zapomnienia się w obowiązkach, całkowitego zaniedbaniu potrzeb własnych. Należy szukać z niej wyjścia przez próby podejmowania działań dodatkowych – przyjemnych lub pożytecznych. Można egzystować nie tylko  dla pasji, ale także dla drobnych przyjemności. Nie uważam, żeby było złe, albo gorsze, życie dla skonsumowania co jakiś czas wspaniałej potrawy w ulubionej restauracji, zobaczenia dobrego filmu, przeczytania ciekawej książki. Jestem przekonany, że drobne przyjemności mają moc wypełnienia życia człowieka pozytywną treścią.

Zaangażowanie społeczne to osobny temat. Wspomnę teraz jedynie, że stowarzyszenia umożliwiają pożyteczne działania, wszystkim tym, którzy posiadają trochę czasu wolnego i cokolwiek potrafią. Współpraca z takimi organizacjami może stanowić rodzaj nadawania sensu własnym działaniom, ponieważ z zasady nadrzędny cel jest ustalony i zazwyczaj jasny. Człowiek działający w stowarzyszeniu ma szanse poczuć się potrzebny i doceniony, odnaleźć swoje miejsce. Jednak pomaganie nie jest tak samo satysfakcjonujące dla wszystkich, są oczywiście osoby, które się w stowarzyszeniach z różnych powodów dobrze odnajdują, ale też zdarza sie przeciwnie.

Na zakończenie chciałbym się jeszcze powołać się na skrajny przypadek zgubienia sensu. Istnieją przecież ludzie, którzy znajdują się jakby na krawędzi i mają depresyjne myśli. Chociaż dla wszystkich, zwłaszcza nieszczęśliwych, chcę dobrze, to nie jest moją rolą, żeby pomagać i doradzać w ekstremalnych przypadkach. Jeżeli osoba jest nękana myślami samobójczymi, to stanowczo powinna skontaktować się z psychiatrą. Współczesna medycyna naprawdę potrafi bardzo wiele i jestem przekonany, że w takim przypadku nie należy ryzykować własnego życia i zdrowia odwlekając decyzję o wizycie u specjalisty.

W krótkim filmie dokumentalnym Gadające głowy (reż. K. Kieślowski) starsza osoba  mówi, że chciałaby po prostu „dłużej żyć”. To proste i poruszające stwierdzenie jest dla mnie prawdziwą mądrością. Rodzimy się po to, żeby żyć. To co z tym życiem zrobimy, to już zupełnie inna sprawa. Stawiamy sobie różne cele, na różne sposoby definiujemy sens życia. A tak naprawdę, chodzi tylko o to, żeby „dłużej żyć”, cieszyć się tym co mamy, tym, w czym odnajdujemy sens.

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s