Sukces i porażka stawiane są bardzo często na przeciwległych biegunach, na dwóch szalach wagi. Ja jednak ze wszystkich sił staram się takiego myślenia unikać i oceniać wynik postępowania raczej w kategorii działania kontra bierności. Uważam, że nie spróbować skorzystać z danej okazji jest znacznie gorzej niż spróbować i odnieść klęskę,  w tym punkcie większość osób się ze mną na pewno zgadza, przynajmniej w teorii.

Nie wiem jak wiele osób jest w stanie rzeczywiście docenić sam fakt działania jako wartości. Podejrzewam jednak, że wszyscy Ci, którzy zmierzyli się w życiu z problemem braku motywacji, depresją, niemocą z jakiegokolwiek powodu, czy przymusowym pobytem w domu, szpitalu lub więzieniu, wiedzą, jakim ciężarem może być bierność.

Pisałem ostatnio o grzechu obżarstwa, dziś przypadkiem wkraczam w sferę kolejnego duchowego przestępstwa: lenistwa. Będąc ateistą trochę inaczej patrzę na pojęcie grzechu, gdyż dla mnie jest to przede wszystkim błąd w postępowaniu, niedoskonałośc, która może przeszkadzać w szczęściu. Często jestem zdania, że „grzechów” nie należy w ogóle potępiać. Owszem, należy piętnować złe, szkodliwe dla innych zachowanie, niszczenie dobra publicznego i wszelką przemoc. Jednak nie wydaje mi się, żeby wzbudzanie wyrzutów sumienia mogło doprowadzić ludzkość do wysokiego poziomu moralnego.

Wracając do problemu „lenistwa” pragnę podkreslić, że uważam je za bardzo szkodliwe, jednak nie nazwałbym go złem moralnym. Nie wnikam przy tym wcale, czy jest pochodzenia chorobowego (depresja) czy należy do pewnego typu charakteru. Bierność jest zła, gdyż nie rozwija, nie napędza życia, nie pozwala na zdobywanie doświadczeń. A przede wszystkim zamyka człowieka na świat i może prowadzić do apatii i gnuśności.

W historii ludzkości mnóstwo jest fałszywych kroków, działań absurdalnych i zupełnie błędnych. Można wymienić chociażby problem kwadratury koła – zagadnienia geometrycznego, które nie ma rozwiązania, a spędzało sen z powiek całym pokoleniom matematyków.

Spektakularnymi katastrofami usiane są karty historii. Na przykład katastrofa tego mostu w Waszyngtonie zdarzyła sie zaledwie kilka miesięcy po jego otwarciu. Historię Titanica znają na pewno wszyscy. W internecie jest mnóstwo materiałów dotyczących dawnych katastrof kolejowych. Porażki oczywiście były, są i będą, dopóki ludzie podejmować będą przedsięwziecia.

Jednak warto żyć, żeby się mylić, przegrywać, potykać, właśne po to, żeby potem powstać i… wcale nie wygrać, ale po prostu działać dalej. Zdarza się bardzo często, że jestem w pracy niezadowolony, że coś poszło nie po mojej myśli, że sprawy układają się źle, że nie udało mi się wykazać, albo wręcz pokazałem się ze złej strony. Problem polega na tym, że w tych złych momentach zapominam o wartości działania samego w sobie.

Dzisiaj spędziłem cały dzień nad programem, który nie zadziałał, pewnie dla tego, że przyjąłem błędne założenia i tak naprawdę nie miał prawa działać. Kiedy żaliłem się na stracony dzień koledze, ten pocieszył mnie, że pracowałem przecież z determinacją i z pewnością uczciwie „zarobiłem na dniówkę”. Co innego, gdybym spędził w pracy dzień na rozrywce jakiegokolwiek rodzaju. To w zasadzie byłoby nieuczciwe wobec pracodawcy i może w tym momencie można powołać się na zło moralne, które wywodzi się z lenistwa. Zaznaczę jednak, że chociaż formułuję pewne tezy, to na pewno nie jestem „święty”. W każdym razie praca, rozumiana jako wykonywanie działań, ale także działalność zawodowa, ma dla mnie bardzo dużą wartość.

Działanie firm nastawione jest oczywiście na zysk finansowy. Wcale się temu nie dziwię, byłbym zaskoczony  gdyby było inaczej. Menedżerowie przenoszą odpowiedzialność za zysk na pracowników. Słyszymy często, że „liczy się wynik”. Odpowiedzialność prawną ponosimy za popełnione czyny, a intencje, mimo, że często stanowią okoliczności łagodzące, zazwyczaj nie zwalniają całkowicie z kary. Świat oczekuje od nas określonych działań i wywiera presję, żeby te działania otrzymać. Nie należy jednak dać się zwariować i troszczyć, gdy z jakiegokolwiek powodu odnosimy przegraną. Wartość ma walka i działanie, a „kto nie ryzykuje, ten nic nie ma”.

Pod koniec filmu „Grek Zorba” zdarza się katastrofa – życiowe przedsięwzięcie jednego z głównych bohaterów dosłowie wali się w gruzach. Jest to skwitowane zdaniem: „Jaka piękna katastrofa…” i zapomniane w radosnym tańcu. Nigdy nie udało mi się zobaczyć tego fimu w całości, jednak scena tańca i mądrość z niej płynąca towarzyszy mi od dawna. Życzę wszystkim czytelnikom, żeby swoje prywatne i służbowe porażki nazywali pięknymi i z radością szli po nowe doświadczenia.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s