Muszę uczciwie powiedzieć, że zawsze lubiłem dzieci… trochę. Tak nie za dużo, ale też nie za mało. Nie mam własnego potomstwa i zupełnie nie uważam tego za problem, nawet przeciwnie: za oczywistą dla mnie zaletę. A cudze dzieci? A… niech sobie będą zmartwieniem własnych rodziców.

Tak myślałem do niedawna. Zmiana zaszła pod wpływem rozmowy z koleżanką, która zareklamowała mi Miejsce spotkań – taki rodzaj świetlicy dla dzieci w wieku wczesno-szkolnym (7+). Dodajmy, że to miejsce usytuowane jest w biednej dzielnicy Łodzi, nie cieszącej się dobrą sławą, podobnie jak warszawska Praga Północ.

Pierwszy raz pojawiłem się tam tuż po nowym roku z planem poprowadzenia zajęć edukacyjnych i od razu z wieloma pomysłami. Jako, że nie chciałem przyjść z pustymi rękoma, więc zrobiłem wcześniej zakupy w znanym duńskim sklepie z różnościami.

Pan przyniósł modelinę!? Ja chyba Pana kocham!!!” – wykrzykneła jednak z dziewczynek.

No ładnie, pomyślałem, teraz to już po mnie. Zajęcia pierwsze poświęcone były konstruowaniu z modeliny i wykałaczek, następne, z konieczości na szykowaniu dekoracji, bardzo ciekawe natomiast były ostatnie, które chciałbym bardziej szczegółowo przedstawić.

Otóż miałem zamiar zrealizować mały program edukacyjny polegający na zachęceniu dzieci do szachów. Samo granie w szachy nie byłoby dobre na początek, gdyż angażowałoby na raz tylko jedno dziecko. Wymyśliłem więc zabawę w „biegającego konika”. Polegała ona na tym, że uczestnicy kolejno przechodzą koniem szachowym dookoła pustej szachownicy, tak, żeby finalnie wrócić na pole wyjściowe. Żeby było trudniej i atrakcyjniej kupiłem sportowy stoper – czas był mierzony i wpisywany do tabelki. Potrzebowałem zatem w jednym momencie praktycznie trzy osoby: „skaczącego koniem”, stoperowego i osoby do zapisywania wyników.

szachy

Gra rozpoczęła się przy skromnym udziale trójki dzieci, lecz z czasem grono się powiększało, a atmosfera stawała się coraz bardziej gorąca. Ku mojej radości udział wzięły także dzieci, które wcześniej nigdy nie uczyły się grać w szachy. Stawiały figurę na szachownicy niepewnie, czasem oszukując świadomie lub nie. Umówiliśmy się, że czasy otrzymane z błędnym ruchem, niezależnie od intencji, będą zaliczane, ale oznaczane małą gwiazdką. Ku mojemu zdziwieniu wszyscy, którzy taką „karną” gwiazdkę otrzymywali, zachowywali się z ogromną godnością.

Zależalo mi na tym, żeby wykonać rodzaj kampanii marketingowej szachów. Może będę w przyszłości niektóre z tych dzieci uczył grać, ale ważne jest co innego: wierzę, że wszystkie, które wzięły udział w naszej zabawie będą kojarzyły szachy z rozrywką, a nie nudnym siedzeniem nad deską z figurami. Wydaje mi się, że udało mi się postawić znak równości między szachami  i dobrą zabawą – zakotwiczyć pozytywny przekaz. A dodatkowo osiągnięty został inny cel: nauczyłem kilkoro dzieci ruchu prawdopodobnie najtrudniejszej w operowaniu figury szachowej. Ponadto radość sprawiało samo posługiwanie się stoperem, wykorzystanym zresztą później do zmierzenia czasu jedzenia jogurtu i innych czynności.

Rozpoczynają się ferie zimowe, w związku z czym jest dwutygodniowa przerwa w spotkaniach. Pisząc o tych zajęciach szachowych zastanawiam się, dla kogo były większym przeżyciem: dla nich czy dla mnie? Cóż, powiem bardzo szczerze, że przez te dwa tygodnie będę za nimi wszystkimi po prostu tęsknił. Dzieciaki dały mi mata!:)

PS Zdjęcia ilustrujące ten tekst pochodzą ze strony pexels.com

Jedna myśl na temat “Dzieci dały mi mata

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s